
Data publikacji: 2015-09-29- Największym postrachem dla „czajników”, czyli takich aktorów jak ja, są Wojciech Malajkat i Zbigniew Zamachowski - zdradza gwiazdor w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
I opowiada zabawną historię pewnego spektaklu…
- W „Śnie nocy letniej” graliśmy scenę, gdzie jednego niosłem na plecach, a drugi szedł obok mnie na czworakach. Przesuwając się w stronę widowni, mówiłem monolog. Powoli. Właściwie cedziłem słowa. Tymczasem koledzy przygotowali sobie alternatywne rymy do każdej mojej frazy i szeptali je do ucha. Tylko ja słyszałem, co mówią. Tekst był niezwykle pieprzny – nie do zacytowania. A mój bohater wspominał śmierć ukochanego. Kiedy doszedłem do proscenium, miałem mówić wprost do widzów, ale dostałem panicznego ataku śmiechu… Zacząłem się trząść. Zamachowski spadł mi z pleców. Chciałem skończyć monolog, ale nie mogłem. Zrobiłem się czerwony, popłakałem się. Publiczność śmiała się ze mną. Dostałem brawa. Spróbowałem jeszcze raz. Nie wyszło. Dostałem brawa drugi raz. Nie miałem jednak siły skończyć… Korzystając z faktu, że w roli padałem trupem, położyłem się na scenie - i popełniłem harakiri ze śmiechu!
- W kulisach miał ze mnie ubaw cały zespół - dodaje aktor. - Dyrekcja nie zareagowała, bo rzecz zdarzyła się podczas ostatniego spektaklu, tak zwanego "zielonego". Z czego skorzystali moi koledzy…
Ciekawe, czy na planie "M jak Miłość", w towarzystwie Dominiki Ostałowskiej, gwiazdor też miewa takie problemy? Mamy nadzieję, że… Tak! Bo śmiech to zdrowie. Oczywiście, o ile nie kończy się harakiri.