TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Przeprosiłem się z Warszawą - rozmowa z Radosławem Krzyżowskim

Przeprosiłem się z Warszawą Data publikacji: 2017-11-23

Kamil Starski, którego gra w „M jak miłość”, jest zgryźliwy i antypatyczny. Sprawia wrażenie bezwzględnego człowieka, ale czy to jego prawdziwe oblicze? W najbliższych odcinkach serialu wyjaśni się, w jakim celu pojawił się w Grabinie i jakie ma zamiary. Prawda może okazać się zaskakująca dla widzów i Marii, którą zatrudnia...

Jeśli miałeś dzisiaj zdjęcia na planie „M jak miłość” w plenerze, współczuję. Pogoda zdecydowanie nie sprzyja, jest bardzo zimno.
Pracowaliśmy w plenerze i wszyscy oprócz mnie sakramencko przemarzli. Mój bohater - Kamil Starski - jest bajecznie bogaty, co ma swoje plusy. Cały dzień jeździłem w nieziemskiej limuzynie z miejscem na szampana i barkiem. Wiele osób zastanawia się, skąd ten człowiek ma tyle pieniędzy. Na razie nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, ale niedługo ta zagadka się wyjaśni. Z każdym odcinkiem będziemy odkrywali kolejne karty.
 
Twój bohater jest bardzo nieprzyjemny, zgryźliwy, ale czy to jego prawdziwe oblicze?
Człowiek z tego typu deficytem fizycznym, który wcześniej - jak zakładam - przywykł do innego, aktywnego życia, może być sfrustrowany. Jego pasją było nurkowanie w jaskiniach, gdzie uległ wypadkowi, w wyniku którego jest sparaliżowany od pasa w dół. Tego typu ludzie funkcjonują na bardzo wysokim pułapie fizycznym i psychicznym. Muszą dostawać silne bodźce, żeby system nagrody w mózgu czuł, że funkcjonuje. Prawdopodobnie to tąpniecie psychofizyczne odbiło się na Starskim. Ma pretensję do świata, czuje gniew, którego odbiorcami są ludzie z jego otoczenia. On nie jest zły, tylko sfrustrowany i zgorzkniały.

Mam wrażenie, że szuka osoby, która wytrzyma jego humory i dostrzeże w nim coś więcej.
Ująłeś to bardzo dosadnie, ale zgadzam się, że coś w tym jest. Szuka kogoś, kto będzie tak silny jak on - partnera, który dojrzy coś więcej niż frustrację i złość. Faceta z takimi pieniędzmi stać na dobrą opiekunkę czy pielęgniarkę. Za pieniądze nie można jednak kupić wszystkiego, choćby równorzędnego partnera do dyskusji. W tym obszarze odbywają się jego poszukiwania.

Czy Maria jest taką osobą?
Tak, zdecydowanie. Ona jest silna, ale nie demonstruje tego przez określony system zachowań. Jednocześnie zna swoje miejsce w szeregu. Takie połączenie jest dla mojego bohatera urzekające i ciekawe. Początkowo myśleliśmy z Małgosią Pieńkowską, która gra Marię, że scenarzyści będą prowadzili naszych bohaterów w stronę romansu, ale ta historia jest o wiele bardziej skomplikowana. Marysia nie pojawiła się w życiu mojego bohatera przypadkowo, bez powodu. Ten wątek jest zręcznie pisany, czekam z zainteresowaniem na scenariusze kolejnych odcinków.

Odkleiła się już od ciebie łatka lekarza, którą otrzymałeś grając przez wiele lat doktora Sambora w „Na dobre i na złe”?
Ludzie wciąż pytają mnie o porady lekarskie, ale znacznie rzadziej niż kiedyś. Przez dziesięć lat grałem w jednym serialu, który co tydzień oglądało pięć milionów ludzi. Czy tego chcę, czy nie, jestem kojarzony z doktorem Samborem.
Po czterdziestych urodzinach miałem sporo przemyśleń. Podjąłem męską decyzję, zrezygnowałem z roli w „Na dobre i na złe” i stałego dopływu gotówki, żeby uporządkować moje życie teatralne. Przeniosłem się do Starego Teatru w Krakowie, na którym skupiałem się zawodowo. Jestem zadowolony, bo zrealizowałem wszystko, co wtedy zaplanowałem. Teraz, po paru latach, przeprosiłem się z Warszawą. Bywam tu częściej i sobie to chwalę.

Nie dziwię się, w Warszawie masz okazję grać różne, ciekawe role.
Odkąd odszedłem z „Na dobre i na złe”, dostałem interesującą rolę w „Barwach szczęścia”. Dobrze mi się grało Bernarda, ale ta przygoda trwała niedługo, ponieważ Kasia Zielińska (serialowa Marta – przyp. aut.) zrezygnowała z pracy w serialu, w związku z czym wątek mojego bohatera musiał się skończyć. Przez chwilę byłem w „Na Wspólnej”, zagrałem w jednym odcinku serialu „W rytmie serca”. Zrezygnowałem z jednej, długoterminowej roli i ma to swoje pozytywy.
Gdy przed laty zaczynałem grać w „Na dobre i na złe”, jako aktor teatralny, bardzo męczyło mnie, że nie znam całej historii mojego bohatera. Poznawałem jego losy z odcinka na odcinek i wydawało mi się, że w takich warunkach trudno zbudować postać. Z czasem się przestawiłem; teraz mnie to bawi. Nawet scenarzyści nie wiedzą, co wydarzy się w dalszej perspektywie. Patrzą, jak aktor wypada na ekranie, jak odnajduje się w roli, jak gra, i dopasowują do tego jego wątek. To inny rodzaj grania, aktorstwa. 

Spotkaliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie, zaraz masz pociąg do Krakowa. Lubisz to miejsce?
Kiedyś dworzec mnie fascynował. Bardzo lubiłem tu przebywać, ciekawił mnie tłum przechodzących podziemiami ludzi, ale już się na to napatrzyłem. Lubię czas, który spędzam w pociągu. Te dwie i pół godziny są dla mnie. Czasami, gdy nadarza się sposobność, rozmawiam ze współpasażerami. Miałem parę fenomenalnych dyskusji, które pamiętam do dzisiaj. Z sentymentem wspominam dawne czasy, gdy – zwłaszcza w piątkowe popołudnia – pociągi relacji Warszawa-Kraków tętniły życiem. Połowa TVN-u wracała do domu. W wagonie restauracyjnym było jak w pubie - piliśmy piwo i rozmawialiśmy w luźniej atmosferze.

Twoje życie kręci się wokół aktorstwa, grasz w wielu spektaklach, pracujesz na planie. Gdzie szukasz oddechu?
Jeśli odwożę córkę na ósmą rano do szkoły, a próbę w teatrze mam o dziesiątej, idę do mojej ulubionej kawiarni. Zamawiam kawę i czytam książki. Uwielbiam te momenty, nie myślę o pracy, aktorstwie; jestem sam. Wycisza mnie i resetuje granie na gitarze basowej. Staram się ćwiczyć codziennie przynajmniej czterdzieści pięć minut.

Czyli twoja pasja do muzyki nie wygasła.
Muzyka wciąż jest dla mnie bardzo ważna. Miałem parę zespołów, żadnego poważnego i pewnie tak zostanie. Za dużo czasu poświęcam aktorstwu, żeby móc spełniać się w innej dziedzinie. Niemniej zrealizowałem kilka projektów muzycznych. Trzy lata temu zagrałem parę koncertów (Jazzformance – przyp. aut.) ze świetnymi muzykami jazzowymi: braćmi Marcinem i Bartkiem Olesiami i Piotrkiem Orzechowskim, czyli Pianohooliganem. Spotkanie z nimi otworzyło mnie na jazz. Bardzo dużo rozmawialiśmy, podsunęli mi wiele zespołów i utworów. Cały czas fascynuje mnie rock, wracam do płyt z lat 90., ale nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Rozmawiał: Kuba Zajkowski

REKLAMA
Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Pliki cookies stosujemy w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję pliki cookies z tej strony